W naszym Kodeksie Pasieki Dziarnina znajduje się zasada:
„Nie sprzedajemy miodu do fabryk potentatów.”
To nie jest pusty slogan. To świadoma decyzja wynikająca z troski o zdrowie konsumentów, uczciwość wobec pszczół i poszanowanie pracy pszczelarzy. Dlaczego? Bo miód, który trafia do wielkich zakładów przetwórczych, bardzo często przestaje być tym, czym był w ulu – żywym, bogatym w składniki odżywcze pokarmem.
Jak działa przemysł miodowy?
Wielkie „fabryki miodu” skupują miód od pszczelarzy – często bardzo dobry, naturalny i wartościowy. Ale zanim taki miód trafi do sklepu, przechodzi procesy, które mają jeden cel: obniżyć koszty i zwiększyć zysk potentata.
1. „Odsiewanie” pyłku – jak ukrywa się pochodzenie miodu
Jedną z najczęstszych metod jest filtrowanie miodu pod wysokim ciśnieniem. Usuwa się z niego jak najwięcej ziaren pyłku kwiatowego – tego samego, które świadczy o autentycznym pochodzeniu miodu i jego wartości odżywczej.
Po co to robią?
bo pyłek zdradza prawdę – z jakich roślin i z jakiego kraju pochodzi miód,
bez pyłku analiza palinologiczna (pylkowa) staje się bezużyteczna,
taki „oczyszczony” miód można później dowolnie mieszać.
Następnie dodaje się do niego niewielką ilość polskiego miodu bogatego w pyłek, aby przy badaniu laboratoryjnym wykazać obecność roślin występujących w Polsce. Efekt? Na etykiecie pojawia się dumny napis:
„mieszanka miodów z UE i spoza UE”.
A w rzeczywistości udział polskiego miodu może być symboliczny, a większość pochodzi z taniego importu np. z Chin czy Ameryki Południowej.
2. Rozcieńczanie i mieszanie dla „standaryzacji”
W miodzie naturalnym każdy słoik jest trochę inny – inna barwa, gęstość, tempo krystalizacji. To piękno natury.
Ale dla przemysłu taka zmienność to problem. Dlatego miód jest mieszany w ogromnych kadziach, aż powstaje jednorodna masa o uśrednionym smaku, zapachu i barwie.
Jeszcze dalej idą praktyki rozcieńczania – dodawania syropów glukozowo–fruktozowych lub innych wypełniaczy. Dzięki temu z jednej tony miodu można „wyprodukować” znacznie więcej „towaru”.
3. Balansowanie na granicy norm
Prawo wyznacza granice parametrów miodu, np.:
zawartość wody – maks. 20%,
zawartość sacharozy – maks. 5%.
W naturalnym miodzie te wartości są różne: raz wody jest 16%, raz 18%, sacharoza może być bardzo niska. To zależy od pożytku i warunków w pasiece.
W miodzie przemysłowym?
Zawsze blisko maksimum.
woda – 19–19,9%,
sacharoza – 4,8–5%.
Dlaczego? Bo dzięki temu można „rozciągnąć” miód, uzyskać większą objętość i zarobić więcej.
Taki produkt spełnia minimum prawne, ale traci swoją naturalną zmienność i bogactwo. To jak porównywać wino z małej winnicy z taśmowym winem kartonowym – oba są „winem”, ale tylko jedno ma duszę.
—
Co traci konsument?
1. Składniki odżywcze – wraz z pyłkiem znika część witamin, enzymów i minerałów.
2. Autentyczność – nie wiadomo, skąd naprawdę pochodzi miód i z jakich roślin został zebrany.
3. Bezpieczeństwo – miód przemysłowy może być zafałszowany syropami, które obciążają organizm i nie mają żadnej wartości prozdrowotnej.
4. Smak i aromat – staje się płaski, uśredniony, pozbawiony charakteru danego pożytku.
—
Dlatego my mówimy: NIE
Nie sprzedajemy naszego miodu do fabryk i nie wspieramy miodowych potentatów. Każdy słoik, który trafia z naszej pasieki do klienta, jest taki, jak stworzyły go pszczoły – nieprzetworzony, niefałszowany, bogaty w naturalne składniki i unikalny smak.
Bo miód to nie produkt „standaryzowany”. To dar natury.